Będąc ukryta za stosem skrzyń starałam się powoli uspokoić. Choć to może się wydawać niemożliwe, miałam wrażenie jakby nasłuchiwali dźwięków mojego oddechu. Siedziałam tak plecami do nich przez dłuższą chwilę. Wciąż prześwietlałam wzrokiem kołczan z zaledwie kilkoma strzałami. Musiałam zacząć je oszczędzać. W dłoniach trzymałam bezużyteczny pistolet, który raczej miał mi posłużyć jako straszak aniżeli wybawienie z opresji. Nagle zaczęłam słyszeć ich kroki, zbliżali się? Do cholery, co ich kusiło żeby iść w moją stronę? Byłam pewna, że nie dam rady pokonać wszystkich przy pomocy łuku. Zabiją mnie zanim zrobię jakikolwiek ruch. Zaczęłam chaotycznie rozglądać się wokół. Kroki moich oprawców były coraz wyraźniejsze, ogarniało mnie przerażenie.
Po mojej lewej stronie, w odległości mniej więcej dwóch metrów, przy leżącym ciele dostrzegłam dwa pełne magazynki. Jeśli patrzą w moją stronę na pewno mnie zauważą. Musiałam ryzykować. Niczym pantera bezszelestnie rzuciłam się ku celowi, chwyciłam amunicję i wróciłam na swoje miejsce. Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech - słuchałam. Było cicho, strasznie cicho, a to nie wróżyło nic dobrego. Zmieniłam magazynek, odbezpieczyłam broń, byłam gotowa. Wiedziałam, że najważniejsze jest to, aby nie dać się zaskoczyć. Tym razem to ja musiałam zagrać pierwsze skrzypce. Zerwałam się na równe nogi, wycelowałam w dwie postacie znajdujące się przede mną, oddając dwa perfekcyjne strzały... Zniknęli. Powinni upaść na ziemię martwi, lub ranni, tymczasem tu nikogo nie było. Przecież sobie tego wszystkiego nie wymyśliłam, słyszałam ich głosy, widziałam do kogo strzelam! Nie było ciał, nawet śladów krwi. Przecież to nie mogła być jakaś pieprzona fatamorgana.
Odwróciłam się gwałtownie, jakby ktoś mnie złapał ze ramię. Usłyszałam nadbiegających ludzi. Musiał ich zwabić huk strzałów. Wypatrując drogi ucieczki dojrzałam spore drzwi. Otworzyłam je i zabarykadowałam się od środka. Wiedzieli, że tu jestem. Krzyczeli coś, ale nie rozumiałam żadnego słowa. Usłyszałam tylko świst i stłumione uderzenie, jakby... cholera tylko po co.. zanim zdążyłam zadać sobie to pytanie, już znałam odpowiedź. To nie były zwykłe strzały. To były strzały zapalające. Te świry chciały mnie spalić. Widziałam jak całe drzwi stają w płomieniach. Pomieszczenie coraz silniej wypełniało się gęstym, duszącym dymem. Przyłożyłam do ust znaleziony kawałek materiału, byle tylko móc jakoś oddychać i rzuciłam się na podłogę. Zaczęłam kopać nogą w imitację przypominającą sporych rozmiarów otwór wentylacyjny, który w efekcie ustąpił moim naciskom.
Wydostałam się na zewnątrz łapiąc głęboki oddech. Kaszlałam, myślałam że się tam uduszę. Zaczęłam biec po dachu płonącego budynku. Musiałam się stąd wydostać, a droga prowadziła tylko w dół. Wiedziałam, że jeśli tu zostanę - zginę. Wzięłam rozbieg i skoczyłam chwytając się czekanem rozciągniętej w powietrzy liny. Zaczęłam zjeżdżać w dół nabierając prędkości, gdy nagle usłyszałam trzask i zanim zdążyłam zareagować już bezwładnie leciałam w dół. Spadając z takiej wysokości moje ciało nabierało dużej prędkości. Pode mną coraz wyraźniej zaczął malować się kształt płynącej rzeki. Drastyczne zetknięcie z taflą wody było bardzo bolesne, ale chyba nic mi się nie stało, byłam cała. W mgnieniu oka dotarłam do brzegu. Skierowałam się ku wejściu do jakiejś jaskini. Miałam nadzieję znaleźć tam schronienie, tymczasem pojawili się kolejni wrogowie. Jasne, że miałam wątpliwości ale tym razem to nie mogły być urojenia.
Chwyciłam oburącz łuk i podeszłam do pierwszego z nich od tyłu, niemalże bezszelestnie. Szlag, nawet nie wie, że tuż za nim czai się niebezpieczeństwo. Czułam się jak jakiś pieprzony hitman. Zarzuciłam mu łuk na szyję i mocno zacisnęłam. Nie miał nawet możliwości wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Zaczął się bardzo gwałtownie szarpać, ale ten daremny wysiłek szybko ustał. Nie wiedziałam czy zemdlał, czy naprawdę go udusiłam. Nie miałam czasu tego sprawdzać. Ruszyłam ku wyjściu w podobny sposób po drodze eliminując jeszcze pięciu. Nie wierzyłam, że robię te wszystkie okropieństwa, ale w głębi świadomości powoli się z tym oswajałam.
Dotarłam do niewysokiej ściany. Droga prowadziła na górę, a ja oczywiście nie mając żadnych zabezpieczeń, ani sprzętu podjęłam decyzję o wspinaczce. Z uporem przeciskałam się przez szczelinę nakładających się na siebie ścian. Będąc coraz wyżej wiedziałam, że jeden gwałtowny ruch może się źle skończyć, ale już od dłuższego czasu moje wszystkie zmysły pracowały na najwyższych obrotach. Nie mogłam pozwolić sobie na żaden (choćby najmniejszy) błąd i byłam tego w pełni świadoma. Wreszcie dotarłam na szczyt. Zmęczona, lecz szczęśliwa. Niedługo jednak było mi dane cieszyć się chwilą spokoju. W oddali usłyszałam strzały i wołający o pomoc głos Rotha. Tym razem jednak dźwięki te nie wydobywały się z radia. Upewniając się, że mam wszystko, położyłam dłoń na kaburze z pistoletem i pobiegłam w kierunku odgłosów morderczej walki.
_Lara Croft

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz