Pierwsze
godziny na wyspie zmieniły mnie. Czułam się jak zwierzę walczące o przetrwanie.
Miałam wrażenie, że dookoła otacza mnie coś, jakaś dziwna aura niepokoju,
niepewności. Zmuszona byłam zabijać, by przetrwać. Nigdy nie polowałam, choć
umiejętność posługiwania się bronią miałam opanowaną. Myślałam, że to będzie
tylko hobby – znów się myliłam. Ile razy jeszcze będę się mylić? Instynkt
podpowiadał mi, że najważniejsze to nie stać w miejscu – w ten sposób niczego
nie osiągnę. Zabrałam resztki jedzenia, skąpy ekwipunek, kamerę przypominającą
mi o dobrych chwilach i radio.., radio które przestało milczeć. Udało mi się nawiązać
kontakt z Rothem, uspokoił mnie, ale nic więcej. Wiedziałam, że muszę wziąć się
w garść i iść.
Odkryłam,
że pod powierzchnią znajduje się masa przejść przypominających labirynty
prowadzące do licznych kapliczek. Miałam wrażenie, że jestem w jakimś więzieniu.
Wszystko było tak nierealne i prawdziwe zarazem. Dookoła wszędzie delikatna
mgła i nieustający mrok. Niebo usłane ciemnymi chmurami nie wróżyło nic
dobrego. W obręb całej wyspy nie przedostawał się żaden promień słońca. Aura
była mroczna i nie pałająca optymizmem. Przyroda nie miała zielonego koloru
tylko szary. To nie było normalne, tak jakby równoległy świat przypominający piekło tyle że.. u nas.
Każdy krok, który stawiałam przerażał mnie. Znalazłam Sam – nareszcie. Była z jakimś dziwnym człowiekiem. Miał na imię Mathias, nazywał siebie nauczycielem. Zachowywał się spokojnie, zbyt spokojnie, jakby niczym się nie przejmował. Liczne rany na jego ciele mówiły, że dużo przeszedł. Oczy miał czarne, mroczne, wiedziałam, że muszę na niego uważać. Usiadłam przy ognisku, żeby się ogrzać. Sam znów opowiadała legendę o królowej Himiko. Świadoma, że muszę być czujna, nie mogłam oprzeć się zmęczeniu. Nadal strasznie bolał mnie przebity bok. Obraz w moich oczach zaczął się rozmywać.
Chyba zasnęłam. Zerwałam się na równe nogi. Nie było ani Sam, ani Mathiasa. Nie mógł to być przypadek. Na nic moje krzyki i nawoływania. Musiałam ją znaleźć, powoli schodziłam w dół, było coraz ciszej. Nagle usłyszałam huk i znów przeszywający, piekielny ból. Weszłam w potrzask. Krzyczałam ile sił z bólu, próbowałam otworzyć pułapkę ale nie miałam wystarczająco sił. Jakby tego było mało kątem oka dostrzegłam jakieś zwierzę. Szybko chwyciłam łuk, strzały i czekałam. Palce prawej dłoni napinały cięciwę. Miałam przeczucie, że zaraz coś mnie zaatakuje. Pierwszy wilk wyskoczył z naprzeciwka – wycelowałam i oddałam strzał - padł martwy. Drugi zaatakował mnie z prawej, trzeci z lewej strony. Wszystkie leżały przede mną martwe. Mogłam tylko dziękować bogu, że atakowały osobno. Po dłuższym czuwaniu odłożyłam łuk. Padający deszcz nie ułatwiał sprawy. Trzęsłam się z zimna i za cholerę nie mogłam otworzyć tego pieprzonego zatrzasku. Gdy kończyły mi się pomysły pojawili się Reyes, Roth, Grimm, Alex, Jonnah i Whitman. Uwolnili mnie z uwięzi. Powiedziałam im, że Sam najprawdopodobniej została uprowadzona przez człowieka zwanego Mathiasem. Tak bardzo chciałam pomóc im jej szukać, ale nie mogłam. Ból w nodze nie dawał mi spokoju. Byłam zmuszona zostać w obozie z Whitmanem, który jak zwykle gdzieś zniknął – pięknie, już gorzej być nie mogło.
Z koszmarami zawsze jest tak, że prędzej czy później się obudzisz. Tyle, że tu gdzie jestem nie ma przebudzenia, więc.. naprawdę tu jestem. Rzeczywiście robię te wszystkie okropne rzeczy do których nie przywykłam. Nie… nie myśl o tym Laro, a przynajmniej nie teraz. Weź się w garść, rozpamiętywanie w niczym ci nie pomoże.
Znów nie wiem co się dzieje z resztą załogi, gdzie jest Sam? Pozostaje tylko nadzieja, że musi być w porządku. Nie wiem co tu się do jasnej cholery dzieje, ale dowiem się. Najważniejsze to znaleźć wyjście z sytuacji w jakiej jesteśmy i opuścić tę przeklętą wyspę. Whitman!, gdzie ty do cholery jesteś? Zabije go jak wróci, uduszę gołymi rękami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz